O potrzebie samotności

22 lipca


Zawsze uważałam te wszystkie artykuły na temat tego, że introwertycy są normalnymi osobami i potrzeba samotności nie jest zaburzeniem psychicznym za śmieszne i niepotrzebne. No bo przecież wszyscy o tym wiedzą i to jest takie oczywiste. Tymczasem niedawno przekonałam się, że wręcz przeciwnie i od osoby, która ma na ten temat sporą wiedzę teoretyczną, ale jest ekstrawertykiem, więc z praktyką trochę u niej gorzej, usłyszałam wykład na temat tego, jak człowiek potrzebuje do szczęścia innych ludzi, a co z tego wynika normalna osoba nie może potrzebować samotności, tylko towarzystwa.

W pobliżu nie było żadnej ściany, więc nie miałam w co zacząć walić głową. Zamiast tego uciekłam i przez godzinę dręczyłam się tym, co usłyszałam. A potem przypomniały mi się te wszystkie artykuły i stwierdziłam, że nie mogę się przejmować, jeśli ktoś nie rozumie, że nie wszyscy czują tak samo.

Bo to, że ktoś potrzebuje samotności nie oznacza wcale, że nie lubi ludzi. To po prostu oznacza, że lubi też samotność.

To nie jest tak, że byłabym szczęśliw(sz)a bez ludzi. Są mi potrzebni, tak samo jak potrzebne mi są chwile bez nich. Lepiej mi oczywiście z ludźmi, którzy rozumieją że milczenie jest najwyższą formą socjalizacji. Co zabawne, to są osoby przy których często zamieniam się w gadułę. Może być tak dlatego, że ciężko mi się równocześnie mówi i myśli, a z takimi osobami jest przestrzeń do wsłuchania się we własne myśli i do wybrania tego, co chce się z nich przekazać innej osobie.

Gaduły też lubię, jeśli mówią do rzeczy i o ciekawych rzeczach. Są jednak tematy, które mnie nudzą śmiertelnie i nic nie poradzę na to, ale jeśli ktoś drugą godzinę porównuje właściwości różnych tuszów do rzęs to mimo najszczerszych chęci nie jestem w stanie słuchać, bo ten wywód zagłuszają moje komórki mózgowe dyktujące mi swój testament. Panikary te komórki, ale co poradzić. Jedyne co mogę zrobić to zafundować im potem chwilę w sanatorium ciszy.

To nie jest jednak tak, że jeśli chcę pobyć sama, to na pewno ktoś mnie przeciążył błahymi tematami. W tym roku trzy tygodnie urlopu spędziłam na wyjazdach z dobrze mi znanymi, miłymi ludźmi. Błahe rozmowy ograniczone niemal do zera. Wspólne siedzenie w ciszy? Było. Dobra zabawa? Też. Rozmowy na ważne tematy? Jak najbardziej! Wydawałoby się: raj. I w teorii tak było, ale w praktyce z urlopu wróciłam zmęczona i odpoczywam dopiero teraz, chodząc znów do pracy.

Zrobiłam już podobną głupotę 10 lat temu. W podobnych rozjazdach spędziłam wtedy cztery tygodnie, a potem do końca wakacji nie bardzo miałam ochotę oglądać ludzi spoza mojej rodziny. Nie zdarzyło się wtedy nic niemiłego, spędziłam naprawdę dobry czas, też z bardzo przeze mnie lubianymi ludźmi i też miałam zapewnione chwile dla siebie. A jednak w stosunku do czasu spędzonego wśród ludzi, tych chwil było dla mnie za mało, a moja psychika była wyczerpana.

Czy żałuję tamtego maratonu sprzed dziesięciu lat, albo tegorocznych trzech tygodni? Nie, bo to był dobry czas, z fajnymi ludźmi. Po prostu nauczyło mnie to, że nawet po miłych chwilach z ludźmi, muszę sobie zapewnić czas dla siebie. Dla ekstrawertyka byłby to pewnie rodzaj kary, ale mnie cieszy te mnóstwo książek, które mogę w tym czasie przeczytać, muzyka, którą mam czas poznać i filmy, które zobaczę. Ludzie są cudowni, ale są też inne rzeczy, bez których życie byłoby trudne.

A o byciu introwertykiem świetnie opowiada Susan Cain:

Może też Ci się spodobać

0 komentarze

Ostatnie wpisy

Facebook